Relacja z Pienin: Zagubieni na szlaku.

To miał być kolejny udany dzień na szlaku, jednakże tym razem nie wszystko poszło po naszej myśli. Gdy opuszczaliśmy swój pensjonat, nawet przez myśl nam nie przeszło, że tego dnia czeka na nas tak wiele wrażeń – których wolałabym uniknąć. Co prawda wszystko dobrze się skończyło, ale następnym razem na pewno nie będę kusić losu.

Wstaliśmy wcześnie rano i postanowiliśmy zwiedzić Małe Pieniny – tym razem jednak nieco inaczej, niż większość turystów. Zależało nam na tym, aby skupić się na Szafranówce i Przełęczy Maćkówki. Mieliśmy ambitne plany, aby zwiedzić wszystkie szczyty znajdujące się po drodze aż do Przełęczy Rozdziela. Pogoda nam sprzyjała, bo już od ósmej czekało na nas bezchmurne niebo i cieplutkie promienie słońca. Niestety, jak to w górach bywa, również tym razem pogoda okazała się wyjątkowo kapryśna, co odbiło się na całej naszej wycieczce...

Byliśmy mniej więcej w 1/4 drogi, gdy wpadłam na pomysł, aby nieco zboczyć ze szlaku i sfotografować malownicze rejony. Znajdowaliśmy się w punkcie, który z każdej strony był otoczony zielonymi łąkami. Postanowiliśmy odbić nieco w bok, poruszając się po przestronnych połaciach zieleni. Całkowicie oddaliśmy się zdjęciom i przez to nie zauważyliśmy, gdy pogoda zaczęła się powoli zmieniać. Otaczała nas coraz większa mgła - nawet nie zorientowaliśmy się, gdy zupełnie straciliśmy orientację w terenie. Muszę przyznać, że byłam trochę przerażona. Wokół widzieliśmy tylko mglistą powłokę, która skutecznie uniemożliwiała nam odnalezienie szlaku. Próbowaliśmy nadsłuchiwać kroków i głosów innych turystów, ale słyszeliśmy tylko złowrogą ciszę... Najgorsze było to, że temperatura gwałtownie się obniżyła, a nie byliśmy przygotowani na taką ewentualność (teraz już wiem, że z wahaniami temperatur w górach nie ma żartów...). Opatuliliśmy się płaszczami przeciwdeszczowymi i rozglądaliśmy się wokół, szukając jakichkolwiek podpowiedzi względem naszej lokalizacji. Na szczęście, pogoda znowu się zmieniła – tym razem na naszą korzyść. Mgła powoli stawała się coraz rzadsza, co poprawiło naszą widoczność. Odczekaliśmy jeszcze chwilę, ale niestety, nie dostrzegliśmy żadnej żywej duszy. Nie było innego wyjścia, jak zdać się na własną intuicję. Z duszą na ramieniu odbiliśmy nieco w lewo, mając nadzieję, że uda nam się trafić na utracony szlak. Wkrótce krajobraz zaczął wyglądać bardziej znajomo, dzięki czemu nabraliśmy pewności, że poruszamy się w dobrym kierunku.

 

Wreszcie udało nam się odnaleźć drogę! Odetchnęliśmy z ulgą – nie da się ukryć, że cała nasza przygoda mogła skończyć się o wiele gorzej. Zrezygnowaliśmy z dalszej wędrówki, ponieważ straciliśmy za dużo czasu. Na pewno jednak nie odpuścimy sobie tego szlaku – za rok znowu podejmiemy próbę. Tym razem jednak będziemy trzymać się drogi, aby nie kusić losu. Co prawda na pamiątkę zostały nam naprawdę wspaniale zdjęcia pienińskiej przyrody, ale gratis otrzymaliśmy chwile pełne grozy. Całe szczęście, że odbyło się bez wzywania ratowników! Przestrzegam wszystkich przed podejmowaniem samodzielnych wypraw – bezpieczniej jest po prostu trzymać się wyznaczonych tras.