Od zgubionych kluczy po sprawy bez wyjścia – kogo wzywamy?
Każdy zna ten moment. Klucze, które jeszcze przed chwilą leżały „gdzieś tutaj", nagle rozpływają się w powietrzu. Przeszukujemy te same kieszenie po raz piąty, zaglądamy nawet do lodówki, choć przecież doskonale wiemy, że ich tam nie ma. A potem, niemal z nawyku, pojawia się myśl: do kogo by tu zadzwonić, kto pomoże odnaleźć to, co przepadło?
Bywa jednak, że strata ma znacznie większy ciężar. Praca, związek, zdrowie, poczucie sensu – rzeczy, których nie znajdziemy pod kanapą ani w aplikacji. Wtedy pytanie „kogo wzywamy?" przestaje być żartem, a staje się czymś poważnym. I okazuje się, że ludzkość od wieków ma na to całkiem konkretne adresy.
Kiedy kończą się pomysły
Psychologia nazywa ten stan utratą poczucia kontroli. Dopóki sytuacja jest w naszych rękach, działamy na chłodno: sprawdzamy, planujemy, kombinujemy. Kłopot zaczyna się tam, gdzie rozsądne pomysły się wyczerpują, a sprawa wciąż wisi w powietrzu. To właśnie wtedy ręce opadają, a my zaczynamy rozglądać się za wsparciem poza sobą.
Ciekawego argumentu dostarczył tu Bronisław Malinowski, jeden z najwybitniejszych antropologów XX wieku. Badając mieszkańców Wysp Trobrianda, zauważył rzecz zastanawiającą: rybacy łowiący w spokojnej, bezpiecznej lagunie obywali się bez żadnych obrzędów. Ci sami ludzie przed wyprawą na otwarte, groźne morze odprawiali za to rozbudowane rytuały.
Wniosek był prosty, a zarazem uniwersalny. Rytuał pojawia się dokładnie tam, gdzie kończy się ludzka kontrola, a zaczyna obszar przypadku, lęku i nadziei. Im wyższa stawka i mniejsza pewność, tym silniejsza potrzeba oparcia się na czymś spoza zasięgu naszych rąk. Czy dziś jest inaczej? Niewiele się zmieniło – inne są tylko dekoracje.
Antoni od drobnej paniki
Najlepszym patronem codziennych zgub bywa nazywany święty Antoni z Padwy. To postać z krwi i kości: urodził się około 1191 roku w Lizbonie jako Fernando Martins de Bulhões, zmarł w 1231 roku pod Padwą, a kanonizowano go już rok później. Niespełna dwanaście miesięcy to jeden z najszybszych takich procesów w historii.
Skąd jednak wzięła się jego „specjalizacja"? Według tradycji pewien nowicjusz zabrał Antoniemu cenny zbiór psalmów i zbiegł z klasztoru. Antoni miał prosić o jego odzyskanie – i księga wróciła, a wraz z nią uciekinier. Anegdota niepozorna, lecz to właśnie z niej wyrosła sława świętego jako tego, który pomaga odnaleźć rzeczy przepadłe.
Dziś ta reputacja żyje własnym życiem. Hasło „pomódl się do Antoniego" pada czasem nawet z ust osób, które do kościoła nie zaglądają. Tradycyjna modlitwa do św. Antoniego bywa przywoływana przy zgubionym portfelu, telefonie czy obrączce i pełni rolę swoistej deski ratunku w chwili drobnej, choć dojmującej paniki.

Rita i sprawy bez wyjścia
Tam, gdzie strata przeradza się w coś nieodwracalnego, na scenę wkracza zupełnie inna postać – święta Rita z Cascii. Włoszka żyjąca w latach 1381–1457 zyskała przydomek patronki spraw niemożliwych i beznadziejnych. Tutaj nie chodzi już o zagubione przedmioty, lecz o sytuacje, w których po ludzku nie widać żadnego wyjścia.
Jej biografia czyta się jak scenariusz dramatu. Wydana młodo za człowieka gwałtownego, znosiła trudne małżeństwo, a po latach straciła męża, który zginął w akcie zemsty. Według przekazów Rita publicznie wybaczyła zabójcom i prosiła, by jej synowie nie szukali odwetu. Wkrótce obaj zmarli, a ona – doświadczona przez los wdowa – wstąpiła do klasztoru augustianek.
To dlatego modlitwa do św. Rity bywa ostatnią rzeczą, po jaką sięgają ludzie w obliczu ciężkiej choroby, rozpadającej się rodziny albo spraw, które wszyscy spisali już na straty. Nie jest receptą na cud, lecz sposobem, by nie zostać sam na sam z bezsilnością. A czy nie tego właśnie boimy się najbardziej – samotności w chwili, gdy wszystko zawodzi?

Podział pracy w świecie patronów
Jest w tym wszystkim pewna logika, która przypomina raczej książkę telefoniczną niż teologię. Każdej ludzkiej trosce odpowiada osobny „numer", pod który można zadzwonić. To rodzaj duchowego podziału pracy, w którym poszczególne postacie obsługują różne odcinki ludzkiego niepokoju:
- św. Krzysztof – podróżni i bezpieczna droga,
- św. Cecylia – muzycy i śpiewacy,
- św. Antoni – rzeczy i osoby zagubione,
- św. Rita – sprawy trudne i beznadziejne.
Antoni i Rita obsługują w tym układzie dwa krańce tego samego zjawiska – utraty. Najlepiej widać to w zestawieniu, które pokazuje, jak różne bywają jej ciężary.
| Aspekt | Św. Antoni z Padwy | Św. Rita z Cascii |
|---|---|---|
| Lata życia | ok. 1191–1231 | 1381–1457 |
| Pochodzenie | Lizbona (Portugalia) | Cascia (Włochy) |
| „Specjalizacja" | rzeczy i osoby zagubione | sprawy trudne i beznadziejne |
| Typ straty | codzienna, zwykle odwracalna | dotkliwa, często nieodwracalna |
| Emocja, która ją wzywa | irytacja, niepokój | rozpacz, bezsilność |
Płynie z tego prosta prawidłowość: im cięższa strata, tym „wyższa instancja", do której się zwracamy. Drobiazg zgubiony w domu i dramat całego życia to dwa zupełnie różne ciężary. Kultura podsuwa nam więc dla nich różne adresy, jakby intuicyjnie wiedziała, że inaczej rozmawia się o kluczach, a inaczej o sprawach, w których pęka serce.
Dlaczego ten zwyczaj nas nie opuszcza
Można by sądzić, że w świecie wyszukiwarek i lokalizatorów takie obyczaje dawno odejdą do lamusa. A jednak trzymają się mocno. Badania nad rytuałem pokazują, że nawet proste, powtarzalne gesty potrafią obniżać poziom lęku i przywracać poczucie sprawczości – działają więc po części niezależnie od tego, w co dana osoba wierzy.
Tu wracamy do intuicji Malinowskiego: rytuał jest odpowiedzią na niepewność, nie na brak wiedzy. Można mieć w kieszeni telefon z dostępem do całej ludzkiej mądrości i wciąż nie wiedzieć, jak ocalić bliską relację albo pogodzić się ze stratą. W takich chwilach sam gest zwrócenia się „do kogoś" bywa pierwszym krokiem, by w ogóle ruszyć z miejsca.
Václav Havel zwracał uwagę, że nadzieja nie jest przekonaniem, iż coś się uda, lecz poczuciem, że dane działanie ma sens niezależnie od wyniku. Może więc nie chodzi o to, czy klucze rzeczywiście się znajdą, a beznadziejna sprawa cudownie rozplącze. Chodzi o coś znacznie bardziej ludzkiego – o to, by w obliczu straty nie zostać zupełnie samemu.
I właśnie dlatego pytanie „kogo wzywamy?" – mimo upływu wieków i całego postępu wokół nas – wciąż nie traci nic na aktualności.




